MG – MG (Mute, 2015)


MG-mgJeśli ten kabel podłączę tu, ten przycisk nacisnę, no i gałką ruszę… to co usłyszę?

Jeśli są jeszcze tacy, którzy nie zorientowali się, że litery MG coś oznaczają to wyjaśniam na wstępie. To inicjały Martina Gore, czyli króla Depeche Mode, który porzucił swego herolda w postaci Dave Gahana i giermka Andy’ego by wydać jednoosobowy album.
Tym razem Gore nie sprzymierzył się z detronizowanym królem DM – Vincem Clarke (chyba pamiętacie średnio-atrakcyjny „techno” projekt VCMG) a całość materiału nagrał solo w swym domowym studio w Santa Barbara.

Nowy (s)twór kroczy podobną ścieżką jak wcześniejszy wspólny projekt VCMG – to droga instrumentalnej elektroniki – dlatego Martin postanowił zachować przydomek MG ale porzucił mocne taneczne rytmy.
Płyta ma charakter elektronicznego soundtracku to wyimaginowanego dreszczowca Sci-Fi i fanom muzyki ilustrującej echa kosmosu może się spodobać… a reszcie? Szczególnie fanom DM… raczej zapomnij. Ale to akurat nie jest wadą tej płyty, bo po zapowiedziach muzyka, jak i pierwszym opublikowanym dwa miesiące wcześniej fragmencie takiej formuły można się było spodziewać i żalu mieć nie można. Ale to wcale nie znaczy, że muszę udawać, że płyta mi się podoba.

Problem leży gdzie indziej. Odnoszę wrażenie, że eksperyment się nie udał. Tak jakby świetny fizyk postanowił spróbować swych sił w chemii, tworząc nowe związki i kombinacje wzorów zupełnie z przypadku. Dla mnie ta muzyka nie ma składu, żaden utwór nie ma logicznej racji bytu poza chęcią zaznaczenia swego jestestwa pod postacią dźwięku. Być może elektroniczni fetyszyści będą okładali swe uszy tymi odgłosami, może i fani DM pokiwają ze zrozumieniem głową, bo przecież brzmienia w dużym stopniu przypominają te z ostatniej płyty Depeche Mode. Jednak ja po drugim razie nie daję się przekonać.
Dla mnie to muzyka czysto ilustracyjna, która nie powinna egzystować bez obrazu, będąc jedynie wsparciem dla wizji. Wtedy być  może zapracowała by na lepszą opinię. Niestety, jedyny utwór muzycznie przykuwający moją uwagę, to już znany „Europa Hymn”, (choć za drugim razem zaczął mi się podobać zrywający z ilustracyjną konwencją taneczny „Crowly” oraz miniatura „Featherlight”).

Szanuję Martina (będąc starym „depeszem”), ale jego emocje jak dotąd działają tylko z resztą DM, bo kto, nawet z fanów DM, chętnie wraca do jego pierwszej solówki z 1989? Jeśli już to można od czasu do czasu milej wspomnieć „powtórkę” z 2003, ale nie współpracę z Vincem.

Jeśli uraziłem w jakimś stopniu wygłodniałych fanów DM to zapraszam do dyskusji. Jedynie zaznaczam, że nie mam problemu ze słuchaniem muzyki eksperymentalnej, konkretnej, graficznej, na fortepian preparowany itd… Mam jedynie problem z eksperymentami, które skupiają się na formie z pominięciem treści… a właściwie z treścią jako teza, której autorowi nie udało się dowieść.

Odsyłam do mojej recenzji zamieszczonej w serwisie laif.pl
http://laif.pl/recenzja-mg-mg-mute/#

http://www.deezer.com/album/10140336
http://wimp.pl/album/44882740
http://listen.tidalhifi.com/album/44882740
http://www.discogs.com/MG-MG/master/827640
http://mute.com/martin-l-gore/releases-stunning-instrumental-album-mg-out-2728-april-15-on-mute-listen-to-europa-hymn

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s