Ellie Goulding – Delirium (Polydor, 2015)


elliegouding-deleriumNo co! To już nie wolno się odkochać?

Oj, Elka, Elka! Czekałem na twoją trzecią (praktycznie licząc to i piątą) płytę z dużą obawą. Bo się dziewczyno zaczęłaś szlajać ze szmaciarzami od EDM-ów (Calvin Harris, Diplo) a i pojechałaś chałturą po pyskach Greya, że aż mi się wstyd za ciebie robiło. No to się wziąłem i odkochałem, ale trochę jednak to Cię dalej lubię, więc i płyty posłuchałem. I wiesz co? Fajna jesteś i ta twoja nowa płyta też, choć lekka jak bułka paryska, małowartościowa a i mózgiem mi nie rusza. Ale na deser w sam raz.

Wystartowałem personalnie, ale od tego jest blog, by pisać co się w sercu nosi i w głowie rodzi. A że miałem bardzo osobisty stosunek do Brytyjki to sobie pozwoliłem, ale dość już. Czas na konkrety.

Póki co, przedpremierowo zapoznałem się z podstawowa wersją albumu trwającego prawie 57 minut z 15 numerami + intro, i nie widzę specjalnie sensu zanurzania się w dwie pozostałe edycje wydłużone o dodatkowe numery, w tym EDM-owe kolaboracje wydane wcześniej na płytach danych wykonawców. Ale zakładam, że tak jak w przypadku deluxów „Lights” i „Halcyon” kilka numerów może wyskoczyć ponad poziom standardu. Natomiast to co dzieje w pierwszej godzinie choć nie woła o pomstę do nieba, to kusi listy przebojów gołymi plecami, kawałkiem cycka i zmysłową buzią. Przez to oryginalna wokalistka zniżyła się do poziomu innych gwiazdek jak Jaspen, Cyrus czy Gomez, których walory cielesne i subtelny autotune pozwalają trzymać się chwiejnego szczytu muzyki pop.
A zdrowa konkurencja nie śpi! W tym roku bardzo pozytywnie zadebiutowała Halsey, a właśnie wydana płyta Jabberwocky także nie pozostawia niesmaku udowadniając, że pop może być lekko pokręcony, niesforny i artystycznie smaczniejszy niż układający się ze sprawdzonymi formatami jak tez z „Delirium”.

Goulding przyznaje, że świadomie nagrała płytę popową, taką jaką chciała. I w to wierzę. W tym zamiarze wspomogli ją różni producenci i muzycy jak Ryan Tedder z OneRepublic, Guy Lawrence z Disclosure czy Tristan Landymore. A to tylko trójka z ogromnej listy dodatkowej gdyż najwięcej miał do powiedzenia kobiecy specjalista Max Martin (Spears, Aguilera, Perry, Pink, Kesha, Clarkson) z którym spłodzono filmowego bękarta „Love Me Like You Do” i niestety załączono również do głównej obsady utworów płyty.

Poza tym jedynym zgrzytem płyta jest bardzo równa, nie balansuje jak „Halcyon” na skraju mroku, melancholii i radości, a jest bardzo pozytywna i nastawiona na ruch. Na szczęście nie jest to prymitywny ruch pod EDM-ową tłuczkę, a momentami całkiem fikuśny wygibaniec, który możemy uskuteczniać przy „Aftertaste”, „Holding On For Love” i singlowym „On My Mind”. Ale i wyprostowane jak włosy Ellie numery potrafią nieźle pokręcić organizmem (tu faworyzuję „Keep On Dancing” i „Don’t Need Nobody”). Więc źle nie jest i jeśli zaakceptuje się to popowe zacięcie to płyta nie rozczaruje.

Można oczywiście tęsknić za mieszaniem trendów, stylistyk jak to Goulding czyniła na wcześniejszych wydawnictwach. Tu jedynie możemy zanurzyć się w czerpiący z UK-garage „Devotion” czy lekko dance-hallujący „We Can’t Move To This”, ale to trochę za mało by uznać album za wyjątkowy. Mam nadzieję, że jest tylko przystankiem a nie punktem zwrotnym kariery i kolejna płyta pokaże nowe oblicze wokalistki, która tym razem zamiast śpiewać ciekawe historie opowiedziała bajki dla cosmo-panienek. Może im to robi. Mnie pobawi chwilę i znudzi, bo idą następne dziewczyny z pomysłami.

Linki streamingowe po premierze 6.11.2015.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s