Of Norway – Accretion Remixes (Connaisseur, 2015)


ofnorway-accretionrmxesDziwne, ale muzyka dla snobów i samozwańczych koneserów klubowych brzmień nie jest nudna.

Nie mógł bym pominąć wydawnictwa grupy, której debiutancki album postawiłem na piedestale swego zestawienia albumów 2014 roku. Mimo że to tylko remiksy.

Dla jasności, płyty z remiksami traktuję po macoszemu, są, ale trudno jest mi się nimi fascynować, bo zawierają zazwyczaj różnorodną stylistycznie mieszankę, nawet jeśli muzycznie kumulują jeden gatunek. Uważam je raczej za suplement niż pełnowartościowy materiał i rozumiem czemu wykonawcy industrialni i EBM wspierają swe albumy bonusowym dyskiem. Inaczej jest w muzyce klubowej, ta z założenia użytkowa forma ma inne podstawy ekonomiczne, więc za remiksy trzeba płacić osobno. Na szczęście w tym przypadku jest za co, ale można mieć trochę wątpliwości.

Płyta składa się z 10 numerów, choć samych tytułów jest mniej; kilku producentów użyło tego samego materiału wyjściowego, a kto zna oryginalne wydawnictwo domyśli się, że chodzi o te najbardziej rozpoznawane kompozycje. Biorący udział w tym przetwórstwie to głównie artyści z ubogim dorobkiem nagraniowym, poza renomowanym Patrickiem Zigonem, docenionym Ericem Volta i samymi autorami z Norwegii.
Teoretycznie skład jest zróżnicowany, jednak w brzmieniu wcale tego nie słychać – płytę odbiera się jak jednolity materiał.

Dla słuchacza (a przynajmniej dla mnie) to dobrze, bo utwory utrzymane w podobnym deep houseowym klimacie mimo podobieństw, nie wprowadzają monotonii a kreują melancholijny, lekko smutny, ale bardzo ciepły nastrój. Jednak patrząc na płytę od strony artystycznej można odnieść wrażenie, że muzyka klubowa ma zbyt zamkniętą formułę stając się sformatowaną i zbyt przewidywalną musząc spełniać wymogi parkietowej standaryzacji. To prawda i dlatego nie umiem zrozumieć bałwochwalczego uwielbienia dla deep house’u wielu zapatrzonych w swój gust DJ-ów, z którymi mam okazję rozmawiać, a ich sety obnażają nudę płynącą z głośników. Tylko charyzma i umiejętności techniczne nielicznych pozwalają przetrwać w ruchu na parkiecie, ale jakie trzeba mieć teraz umiejętności, by obsługiwać laptop z jabłkiem?

Tę dygresję pozostawię bez odpowiedzi, bo to nie felieton o współczesnej deejayce, a recenzja, choć deep houseowej, to absolutnie nie nużącej, płyty. A na niej tak pięknie bujają obie wersje „Spirit Lights”; te były już znane z wcześniej wydanych singli, tak jak i dwa morfingi „It’s You” – ten tytuł pojawia się aż trzykrotnie a premierowa odsłona Despine zasługuje na duże pochwały. Na podobne pogłaskanie załapie się także Moosefly za „Let The End Chime” a jedynym skarconym zostanie Terje Seather za mało interesującą wersję jednego z moich ulubionych oryginalnie utworów „Love is Over”. Natomiast Of Norway umieszczając „żywą wersję” rozkręconego „Trampoline” odskoczyli nieco od stonowanego, hipnotyzującego brzmienia płyty i lekko podnieśli ciśnienie, może niepotrzebnie, wybudzając z miłego letargu (mimo że wykonanie live jest świetne). Ku uciesze wspomniana wcześniej obróbka Despine „It’s You” ponownie wpływa kojąco i uspokajająco.

Może to dziwne, ale płyta z muzyką o parkietowym przeznaczeniu okazuje się relaksująca. Posłuchajcie, bo to półtorej godziny refleksyjnej terapii.

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s