Dead When I Found Her – „All The Way Down (Atroffact, 2015)


dwifh-allwaydowncoverTam w Portland muszą mieszkać sami smutni ludzie.

W życiu wiele jest niepewnych chwil, ale gdy ukazuje się nowe wydawnictwo pod tak zachwycającą nazwą jak Dead When I Found Her, można być pewnym, że będzie to moment chwały. Wiadomo jednak, że w życiu nic nie jest pewne.

Dość już tego pseudo-filozoficznego bełkotu, który nic nie mówi o trzeciej płycie Michaela Hollowaya, płycie na którą czekałem i nieco się jej obawiałem.

Po umiarkowanej, acz dobrze rokującej „Harm’s Way” (2010) i znakomitej „Rag Doll Blues” (2012) poprzeczka zawisła wysoko i trudno mi było sobie wyobrazić by nowy materiał przegonił poprzedniczkę. I muszę zgodzić się ze swymi wyobrażeniami, ale tylko częściowo. „All The Way Down” nie wychyla się poza specyficzną konwencję wypracowaną przez twórcę, mocno jadącą na retrosentymencie do EBM-u lat 80 zmieszanego z lżejszą synth-popową melodyką i industrialnymi ozdobnikami, z których najbardziej błyszczą te przypominające nagrania Skinny Puppy z lat 85-90. Jednak nawiązania do legendy industrialu po raz trzeci wcale nie wypadają rażąco, są użyte twórczo, rozwijają koncepcję sprzed lat, pokazując alternatywną rzeczywistość rozwoju tej formacji.

Oczywiście eksponowanie przeze mnie tej jednej inspiracji jest krzywdzące dla DWIFH, bo szukając głębiej znajdziemy psychodeliczne recytacje Legendary Pink Dots, mroczny pesymizm G.G.F.H. i tętno kilku innych znaczących prekursorów tańca w ciemnościach przy syntetycznym basie i perkusji. Ważne jest jak Michael potrafi wyciągnąć klasyczne motywy i ubrać je na nowo nie sięgając po wynalazki z trapu, glitchu i dubstepu wyjęte.

Trzeci długogrający materiał nie jest tak słodki jak druga płyta, tu rządzi wisielczy klimat i duszna atmosfera już od pierwszego numeru. I choć przerwana industrialną kanonadą „The Unclean” to całość wypada bardzo spójnie i wręcz morderczo.
Mottem płyty jest „A gdyby ostatnie chwile Twojego życia były tymi najgorszymi?” Tak można się czuć podczas tej godziny –
zagubionym, zrezygnowanym, bez wyjścia, gasnącym w samotności.

To poczucie zatracenia podkreślone jest także mniejszą ilością utworów na rzecz ich długości – dwie wybijające się kompozycje mają po 9 i 10 minut a każda z nich nie wydaje się zbyt długa. Zarówno te krótsze jak i dłuższe numery wciągają narzucając swój depresyjny klimat, ale przed krokiem ostatecznym powstrzymuje nieco ckliwa, grzebiąca gdzieś w synth-popie melodyka linii wokalnych. A tam gdzie pojawia się vocoder robi się wręcz słodko i melancholijnie. Tak złożony dźwiękowy obraz sprawia wrażenie bardziej kompleksowego, przemyślanego, ale to ostatecznie będę mógł ocenić po kilku miesiącach od pierwszego przesłuchania i powrotów do świetnej poprzedniczki z 2012 roku.

ps.
Wydanie „deluxe” wzbogacone jest o dodatkowy CD zawierający EP-kę „The Bottom” z utworami powstałymi przed tą płytą, a wśród nich znalazł się cover „You Know What You Are” Ministry z albumu „The Land Of Rape And Honey”. EP-ka jest niedostępna na streamingach, ale do kupienia „luzem” na bandcampie DWIFH.

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s