Hearts Of Black Science – Signal (Progress Productions, 2015)


hobs-signalPragnienia, myśli, wspomnienia i emocje prawdziwe.

Są tacy wykonawcy, do których mam pewność, że jeśli nawet zdarzy im się słabszy materiał to za jakiś czas wydadzą coś ku pokrzepieniu serc. Szwedzki duet co prawda nie gra muzyki optymistycznej, ale jest jak najbardziej „do serca przyłóż”, tego krwawiącego.


Poza HoBS takim wykonawcą jest The New Divison, jednak Szwedzi mają bardziej intrygującą nazwę (mogącą konkurować z innym stylistycznie, ale równie finezyjnie nazwanym indie popowym The Pains of Being Pure at Heart), a ich muzyka jeszcze bardziej kładzie nacisk na emocje. Możecie nawet ich stylistykę nazwać emo-synth-wave i chyba nikt się nie obrazi, bo powierzchownie można ich określić jako krzyżówkę Placebo z Pet Shop Boys. Tylko powierzchownie, bo znajdziecie tu coś z shoegaze, gotyku, indietroniki i post-rocka.

Pisząc o trzeciej płycie duetu trudno mi nie wspomnieć o dwóch poprzednich pełnych wydawnictwach, z których drugi „The Star In The Lake” (2009) był szczególnie udany. Pierwszy album pięknie zatytułowany „The Ghost You Left Behind” (2007) określił stylistykę grupy bazującą na echach nowej fali z wczesnym New Order na czele i „łatwymi” melodiami z synth-popowej przegródki opakowanymi w czarne, dekadenckie barwy i tonacje.

Druga wyeksponowała rytm i rozpędziła numery zarówno pod względem tempa jak i emocjonalności przekazu. A po niej ukazał się album będący zbiorem remiksów i „stron be” oraz premierowa EP-ka „We Saw The Moon”, która nie wnosiła nic nowego, choć dla lubiących tę pokolorowaną na czarno atmosferę była wystarczająco dobra. No i wreszcie trzecia, przyznam, że wyczekiwana płyta.

Pierwsze jej dotknięcie jednak nie było jakoś mile zaskakujące, bo z głośników popłynęła fala napiętego głosu Daniela Anghede obładowanego elektroniką Tomasa Almgrena ozdabiana gitarowymi atrybutami – czyli dokładnie to, co zespół wypracował i sprawdził. Lecz nie należy smaku oceniać po zapachu. Niech się rozejdzie, aż dotrze nawet do kości.

Drugie, trzecie a i czwarte przesłuchanie odkrywa nieco inny bukiet niż na poprzednich wydawnictwach. Składniki jakby te same, ale uroku dodały przyprawy – realizacja materiału, sięganie po inne stylistyki jak trip-hop i downtempo i oczywiście same linie wokalu.

Ten album na pewno nie należy do płyt rozrywkowych, w porównaniu do poprzedniczki jest niemal depresyjny, a w tym tkwi jego urok. To takie „Disintegration” (The Cure) nowego millennium, choć oczywiście nie uważam, by miał aż takie znaczenie. Ma jednak pewne elementy wspólne – klimat oraz przeplatanie numerów „przygnębiających” z tymi pięknymi jak i lekko popowymi. Do moich ulubionych zaliczę „Wolves At The Border” (znany już ze strony b singla „Protector”), dwie pieśni udręczonych dusz „We Saw The Moon” i „Falling Away” oraz rozkręcony „Until Morning”. Ale to tylko kilka bardziej odczuwalnych przeze mnie punktów, a pozostałymi absolutnie nie gardzę.

Zdaję sobie sprawę, że ocena tej muzyki nacechowana jest własnymi upodobaniami, tym czego słuchało się za „szczyla”, bo ta konwencja jest wypadkową starego i nowego, wspomnieniem młodości gdy raz słuchało się „nowej fali” w postaci Killing Joke, New Model Army, Siouxsie & The Banshees, New Order a innym razem synth-popu Pet Shop Boys, Depeche Mode, OMD czy późniejszego Cabaret Voltaire.

Patrząc przez taki pryzmat nie jest to płyta wybitna, ważna, ale niezwykle poruszająca, grająca prawdopodobnie na tej strunie, którą najbardziej lubię gdy jest poruszana.

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s